O tym jak Grzesiu pokonał obawy i dostał pracę.

Parę tygodni temu odbyłem ciekawą rozmowę z jednym z moich znajomych. Usiedliśmy na Gliwickim rynku, aby przedyskutować sprawę pewnej oferty, którą otrzymał.  Pozornie, to o czym rozmawialiśmy dotyczyło tylko jego. Praktycznie, wielu spośród Was czytających ten artykuł powie – „to o mnie”. O co chodzi i o jakim często powielanym zachowaniu mam zamiar opowiedzieć?

Grzesiek otrzymał propozycję pokierowania kampanią, której celem było wypromowanie osoby oraz oferowanej przez nią usługi w internecie. Chodziło o postawienie strony internetowej, poprowadzenie bloga, odpowiednie ich wypozycjonowanie oraz inne bardziej lub mniej standardowe rzeczy. Grzesiek zna się na rzeczy. Ma prawdziwy talent do tego by docierać do  informacji, poddawać je analizie i wyciągać wnioski o charakterze strategicznym. Dodatkowo zna się na rzeczy. Czyli swobodnie porusza się w obszarze marketingu internetowego. Gdyby mnie zapytać o to, czy byłby właściwą osobą do tego by zająć się powyższym zleceniem, to z całym przekonaniem powiedziałbym, że tak. Tymczasem Grzesiek miał wątpliwości i zastanawiał się co zrobić by wycofać się ze współpracy. Dlaczego?

Grzesiek to, co robi, robi po pierwsze z dużym zaangażowaniem, a po drugie dobrze. Jest perfekcjonistą. Wie, że poszczególne czynności jakie trzeba będzie wykonać zrealizuje na wysokim poziomie. Czy jednak osiągnie rezultaty jakich oczekuje inwestor? Tego nie wie i dlatego nie może dać żadnej gwarancji. Właśnie ten brak wiary w skuteczność i biorąca się stąd niepewność tak zdominowały sposób jego patrzenia na kontrakt, że zapomniał o tym, co potrafi. Zafiksował się na tym, na co nie miał wpływu. Czyli na końcowym wyniku. I podnosił ten wątek tak często, że nie pozostało mi nic innego jak tylko zapytać o to, co sprzedaje.

„Grzesiu, a co sprzedajsz? Gwarancję wyniku, czy swoje umiejętności?”

Jeśli chodzi o to pierwsze, to w branży marketingu internetowego bardzo trudno jest dać gwarancję. A jeśli już ktoś ją daje, to jest ona związana z bardzo wysokimi stawkami i nakładami, na które jego inwestora nie byłoby stać. Jeśli chodzi o to drugie (umiejętności) to poziom zaawansowania warsztatu Grzegorza oraz naturalny entuzjazm znacznie obniżają ryzyko porażki. Bo to właśnie inwestor chciał kupić. Pewność, że dobrze wydaje swoje pieniądze. Czy ostatecznie doszło do współpracy?

Tak, a Grzesiek daje z siebie to co potrafi i to co mu wychodzi – wolny od lęku o końcowy wynik. Zresztą ja wierzę, że będzie dobry. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Mam dwa wnioski z tej rozmowy płynące. Pierwszy. Czasami pozwalamy na to, by obawy zastąpiły chłodną i racjonalną ocenę sytuacji. Kiedy rodzą się emocje wyłącza się rozum i pojawiają się problemy. Drugi. Bywa, że zamiast pokazywać to, w czym jesteśmy dobrzy, koncentrujemy uwagę innych na swoich słabościach. Swoją drogą, i z jednym i z drugim mam niezwykle często do czynienia w czasie rozmów kwalifikacyjnych. Wtedy zastanawiam się, czy ktoś chce mnie do siebie zniechęcić czy pokazać jak bardzo jest prawdomówny? A jak się sprawy mają w Twoim przypadku?