Z perspektywy 40-latka (napisane 5 lat temu)

Kiedy spoglądam wstecz, to mam wrażenie, że każda z ostatnich czterech dekad była inna. Obok wiatru zmian, niosła ze sobą energię. Na jej fali, my ludzie, dokonaliśmy w wielu dziedzinach przełomu. Świat poszedł do przodu, ale wielu z nas nie potrafi tego dostrzec i dopasować się. Postęp jest zbyt szybki i gwałtowny. Widać to np. w sferze stanowienia prawa. Zmieniło się tyle rzeczy, a prawo i rozwiązania regulujące tryby naszego życia nie zmieniły się wcale, lub w niewielkim stopniu. Nic zatem dziwnego, że wielu z tych ludzi, którzy rozumieją współczesność i podejmują trud samorealizacji, napotyka opór ze strony systemu.

Ja sam jestem dzieckiem systemu. Urodziłem się i wychowałem w czasach, kiedy wiele spraw było dobrze zaplanowanych i skutecznie realizowanych. Chodziłem do szkoły rejonowej, po jej ukończeniu wybór dotyczący kontynuacji nauki był mocno ograniczony, a przez to jasny. Szkolnictwo zawodowe rozkwitało i z perspektywy minionego czasu, muszę powiedzieć – stało na wysokim poziomie. Ukończenie studiów było sprawą prestiżową, a znajomość języków obcych otwierała drogę do robienia kariery za granicą, co było powszechnym marzeniem. W czasie niżu demograficznego nie zwalniano nauczycieli. Szkoła była oazą spokoju i czasem też miejscem na to by się wyszumieć. Po niej bowiem na każdego z nas czekała praca, czyli obowiązek. To była powszechna i bardzo bezpieczna z dzisiejszego punktu widzenia perspektywa.

Teraz wiele rzeczy uległo zmianie. Kiedy obserwuję młode osoby wkraczające na rynek pracy to mam wrażenie, że pomimo tego, iż teoretycznie dysponują one wieloma możliwościami – poczynając od dostępu do informacji, a kończąc na różnego rodzaju poradniach czy fundacjach zorientowanych na pomoc i wsparcie – to są bardzo osamotnione i zdane tylko na siebie. Systemy, które kiedyś funkcjonowały i wspierały ludzi, teraz próchnieją od środka stając się jedynie atrapami. Szkoły przetrawiają masę. Szpitale i przychodnie wykonują normy określone umowami z NFZ-em. Urzędy pracy skupiają się na administrowaniu. Coś, co służyło człowiekowi i było elementem jego dobrego krajobrazu, przestało spełniać swoją podstawową funkcję. Nie istnieje już osoba, tylko PESEL.

I właśnie dlatego, to co znamy, a do czego czasami tęsknimy, musi umrzeć – po to, by zrobić miejsce czemuś nowemu. Systemy padają okazując się niewydolne, za drogie w utrzymaniu, niereformowalne. Padają również dlatego, że styczność z nimi łamie ludziom kręgosłupy. Sprawia, że muszą się podpisywać pod decyzjami, z którymi się nie zgadzają. Egzekwować głupie i nieżyciowe przepisy. Tłumaczyć współobywatelom, że w tej sprawie nic się nie da zrobić, bo młyny mielą i nikt ich nie może zatrzymać, ofiary zaś są nieuniknione. To rodzi frustrację. Złość biorącą się z bezsilności. Mam 40 lata i wiem, że nie dostanę ani grosza z ZUS-u.

Coraz bardziej istotne w tym świecie permanentnej zmiany i niepewności stają się wartości, w oparciu o które człowiek może budować poczucie bezpieczeństwa. Są to np.: szczęście, samorealizacja, rodzina, praca, religia czy rozwój osobisty. Im bardziej nasza rzeczywistość jest pogmatwana i nieprzewidywalna, tym bardziej mamy tendencję, jako gatunek, do tego by szukać alternatywy w sobie.  Żyjemy w czasie przełomu, kiedy ścierają się ze sobą dwa światy, a ludzie są tym zadziwieni pytając  – co się dzieje, dokąd to zmierza i co nam przyniesie?  Świat stary i dobry – systemów i opieki, odpowiedzialności państwa za obywatela – powoli zapada się pod ciężarem zobowiązań i nieodpowiedzialnej polityki. Na jego gruzach powoli wyrasta nowy porządek oparty na globalnych powiązaniach, gdzie splot interesów, migracje ludzi i dychotomia pomiędzy centrum i lokalnymi wspólnotami stanowi nową jakość. Dla ludzi wychowanych w systemach, nawykłych do porządku i przewidywalności, chaos jest przekleństwem i uciążliwością. Dla tych dobrze się adaptujących, okazją i możliwością.

Niezależnie jednak od tego, do której z grup się zaliczysz to wiedz, że nadchodzi czas jednostki i jej prymatu nad systemem. Czas emancypacji człowieka i wchodzenia przez naszą rasę na wyższy poziom poznania i świadomości. To czas wielkich osobowości oraz moment, kiedy umiejętności i talenty jakie każdy z nas posiada będą odpowiednio doceniane i wynagradzane. To czas jednostki mającej swoje miejsce w grupie.

Kiedy o tym myślę to wiem, że zmierzamy w dobrym kierunku.